Są książki, które pomagają nam się rozwijać. Są książki,
które kreują wyobraźnię. Są książki refleksyjne, które pomagają nam odkrywać
wewnętrzne „ja”. Są też „świadome” książki, które budują naszą wiedzę ogólną.
Są też mało wymagające, które mają niewiele przekazu natomiast mają
pozwolić nam na chwilę oderwać się od rzeczywistości i zabić nudę (złożoność mojego życia w ostatnich miesiącach motywuje mnie do sięgania do pozycji w tej kategorii). Taką pozycją była moja ostatnia lektura- „Pewnego razu w Paryżu” Molly Hopkins. Miałam być
tylko pośrednikiem w oddaniu tego tytułu, a jednak skusiłam się i przeczytałam.
Co dało mi przeczytanie perypetii Evie Dexter?
Kilka uśmiechów, ciepłych myśli
i chwil bujania w obłokach. Ktoś może mówić, że stratą czasu jest czytanie wyświechtanych książek. Skoro tak twierdzi, wcale nie musi ich czytać. Nie ma żadnego przymusu,
ale ja nie mam obowiązku posiadania takowego zdania. Mnie czasem „miłosne historie”
przypominają o subtelnościach i magii życia. O tym jak ważni są przyjaciele,
czasem zwariowani bardziej niż nam się wydaje wnoszą w nasze istnienie świeżość i fantazję.